Cthulhu

Cthulhu

sobota, 3 listopada 2012

Kiepska sprawa (Hush, cz. 5)



– Smakuje jak jagody? – zapytałem.

Kręci głową i dalej popija kakao. Pije je przez okrągły rok. Ponad 36 stopni upału, pot spływa strugami, ale Edna Council opiera się o blat i pije gorące kakao. 

– Tego się nie je – odpowiada. – Nakładają ci to na twarz.

– Dobra, czyli tylko siedzisz i gadasz z innymi dziewczynami, tak?

Jesteśmy w kuchni. Lubię spędzać czas z Edną. To znaczy Council. Apostołowie mają przydomki lub nazwiska. Nie używają imion, nie przywiązują się do siebie. Nie ma po co. Lubię jednak spędzać z nią czas. Jest prawie normalna. Pod pewnymi względami bardziej niż ja.

Nie – tłumaczy. – Nakładają ci maseczkę na twarz. Zaraz twardnieje, więc nie możesz mówić. Po prostu leżysz i słuchasz spokojnej muzyki. Potem miałam pedicure.  

– To jak długo leżysz?

– Jakieś pół godziny.

– Jezu.

Zapalam papierosa. Council wykrzywia się, gaszę. Dla nikogo innego bym tego nie zrobił i nie wiem, dlaczego robię to dla niej. Nawet mnie nie poprosiła.

– Czytasz gazetę? Oglądasz telewizję? 

– Nie – mówi. – W tym rzecz, chodzi o nicnierobienie. Po prostu się odprężasz.   

Wchodzi Slashfic. Ma na sobie coś, co on nazywa „mundurem”, a my „butami z demobilu i nie pranym od trzech lat prochowcem”.

 – Odprężasz się gdzie? – pyta otwierając drzwi lodówki i wkładając głowę do środka. – O w mordę, jak dobrze…

– Council miała maseczkę na twarz – mówię.  

Slash wychyla się i klepie mnie po ramieniu.

– Dobra robota. Wiedziałem, że jeżeli komuś się uda, to właśnie tobie.  

Strząsam jego rękę.

– Nie, kretynie. Maseczkę w spa, taką jak te błotne.      

Wraca do szperania w lodówce. Doskonale wiedział o spa – zrzucił się ze mną i Morlock, aby opłacić pobyt Council. Zasłużyła na to po ostatniej akcji.

Slash był postrzelony i nieprzytomny. Ja przyparty do muru, pokiereszowany po walce z Gardnerem. Morlock tymczasem obrywała taserem na parkingu. Wszyscy byliśmy zajęci, a doktorek nadal opętany. Sprawy wyglądały naprawdę kiepsko.

Wiecie, nie zabijamy policjantów. Powiem więcej – za bardzo kochamy chłopców w błękicie, aby chociażby jednego zranić. Czyli nie mogliśmy po prostu otworzyć ognia i ich zdjąć.

Ale wtedy wparowywuje Council i rzuca Zastój, Drezno oraz kilka innych zaklęć. Podczas gdy wszyscy stoją oszołomieni, wyciąga z Gardnera demona i go załatwia. Potem pada nieprzytomna; dała z siebie za dużo i za szybko.          

Wrzuciłem ją i Slashfica do vana. Morlock jakoś wyrwała się glinom, wskoczyła przez boczne drzwi i odjechaliśmy z piskiem opon. Jechałem jak wariat i zgubiłem radiowozy na obwodnicy. Mają dobrze wyszkolonych kierowców, ale ja jestem lepszy i znam magię.

Na bazie Council odzyskała przytomność, ale wciąż nie mogła dojść do siebie. Była słaba niczym kocię, zgnębiona i wyczerpana. Dlatego wysłaliśmy ją do spa. Masaże, pedicure, maseczki. Od dwóch dni o niczym innym nie mówi. Początkowo udawałem, że mnie to ciekawi. Potem odkryłem dwie rzeczy. Po pierwsze, to nawet jest ciekawe. Kobiety  są nienormalne. Ktoś obcina im pieprzone paznokcie u nóg i wpadają w dobry humor na cały tydzień. Fascynujące. Po drugie, teraz mógłbym słuchać Council nawet gdyby czytała książkę telefoniczną. Coraz bardziej mi się podoba.

– Jest sprawa – burczy Morlock.    

Stoi w wejściu krzyżując swoje pokryte wystającymi żyłami ręce giganta.

– Kiepska sprawa – dodaje.

Dobra sprawa: dopadasz cel zanim padają pierwsze trupy. Kiepska: zaczynasz już po tym, jak cel dopadł kilkoro ludzi. Większość spraw zalicza się do tych drugich.

Opowiada nam wszystko już w vanie. Na ulicy pojawiła się wieść, że ekskluzywny burdel w północnej części miasta został rozniesiony przez demona. Oczywiście w telewizji nie mówią o demonie, tylko o jakimś dzikim zwierzęciu. Z kolei świadkowie opisali noszącego średniowieczną zbroję mężczyznę ze skórą pomalowaną na czarno. Zbroja i skóra stanowiły jedność. Cały pokryty był kolcami, a twarz zakrywała mu maska. Chyba miał skrzydła.

Cholerni świadkowie. Nigdy nie można im wierzyć.

Człowiek widzi to, co chce zobaczyć. Jednak przez ostatnie kilka miesięcy miało miejsce tyle podobnych przypadków, że ludzie zaczynają coś podejrzewać. Krążą teorie spiskowe o rządowym programie zbrojeniowym, eksperymentujących na nas obcych, Apokalipsie i uwolnionych z Piekła demonach. Ta ostatnia całkiem bliska prawdy, chociaż nie do końca.

Morlock powiedziała, że ten demon zabił pół tuzina ludzi, a następnie porwał jakiegoś faceta i zniknął. Obiad i danie na wynos. Gość miał pecha – może zdążymy uratować mu życie, ale raczej wątpię. Tak to już jest…
Zatrzymujemy się przecznicę przed apartamentowcem. Pełno tutaj glin, żółtej taśmy, gapiów i ekip telewizyjnych.

– Macie ochotę na występ jako Kanał 2? – pytam.

– Pewnie – Slashfic wyciera koszulę.

– Hej Slashfic – odzywa się Council. – Podobno ktoś chciał cię kiedyś wrobić w używanie dezodorantu, ale w ostatniej chwili go przejrzałeś.

Slash rechocze zapinając koszulę. Zawsze przekomarzają się niczym rodzeństwo.

Ja mam już na sobie odpowiedni strój, więc tylko łapię kamerę, podczas gdy Council poprawia fryzurę. Morlock zakłada czapkę-bejsbolówkę i podnosi trójnóg. Slashfic zabiera lampy i wychodzimy z vana niczym prawdziwa ekipa.

Dziesięć minut później badamy już miejsce zbrodni. Dzięki kilku umiejętnie użytym zaklęciom policjanci nie wchodzą nam w drogę.

Slashfic rzuca Wyznanie: długowłosa brunetka na wysokich obcasach bardzo dokładnie relacjonuje to, co tutaj zaszło. Edna używa Astarte i brunetka prowadzi nas do swojego biura. Wtedy ja rzucam Kopistę i sprawdzam jej laptop. Wygląda na to, że wysłała komuś wiadomość o zaginięciu jednej ze swoich dziewczyn. Candi. Ksywa w sam raz dla dziwki.

Candi ostatnio widziano w towarzystwie faceta, którego burdelmama nie zna. Dostajemy opis: w średnim wieku, łysiejący, zamożny. Stały klient, który zakochał się w kurwie? Oklepana historia. Ale gdyby był stałym klientem, brunetka by go rozpoznała.                 

Na wszelki wypadek drukuję wiadomość. Nagle zauważam ikonę na pulpicie – obrazek podpisany candi.jpg. Otwieram. Ziarniste, czarno-białe zdjęcie dwóch osób wsiadających do limuzyny. Pasuje do wiadomości: pomimo kiepskiej jakości widać, że Candi zbliża się do trzydziestki. Wciąż jednak wygląda oszałamiająco: długie nogi, wysokie kości policzkowe…  Przeciwieństwo towarzyszącego jej grubasa z obfitym podbródkiem i cienkim pedofilskim wąsikiem, jaki mógłby nosić kierownik restauracji dla kierowców.

Morlock robi zdjęcia. Obejrzymy je później. Plamy krwi, odciski… drobiazgi, które mogliśmy przegapić. Magia niedługo przestanie działać, gliny zaczną zadawać pytania, a burdelmama wpadnie w panikę. Czas się zmywać.

Slashfic rzuca Nimroda i klęka przy krwawym śladzie stopy, która w niczym nie przypomina ludzkiej. Nie widzę efektów zaklęcia – dla Slasha tymczasem ślady demona emanują jasnym światłem. Podąża za nimi wzdłuż korytarza do okna, wychyla się i kiwa głową:

– Złapałem trop – mówi.    

Wylatujemy na klatkę schodową i gonimy w dół, po dwa stopnie na raz.

– Właz! – krzyczy Slashfic.

Świetnie. Jakbym za mało czasu spędzał w kanałach…

Sprzęt reporterski do vana i jedziemy na wielopoziomowy parking. Musimy zniknąć zanim gliny się ogarną. W drodze pokazuję wszystkim zdjęcie Candi i jej tajemniczego partnera. Slashfic stuka palcem w wydruk.

– Poznajesz ją? – zabieram mu zdjęcie i odwracam, aby lepiej przyjrzeć się twarzy.

– Nie. Ale z chęcią bym ją zaliczył.

Council przewraca oczyma.   

– Daj spokój – wtrąca.   

– Jest dokładnie w moim typie. Rżnąłbym ją niczym rzeźnik świeży boczek.  

Teraz ja nie wytrzymuję:

– Weź się kurwa…

– Dobra, dobra – Slashfic wskazuje na grubego gościa. – Znam jego. Prowadzi  firmę komputerową w centrum miasta. Biznes się kręci, co chyba jest oczywiste: taka laska na pewno nie poleciałaby na jego urodę, no nie?

Parkujemy i wysiadamy. Późno już – słońce zaszło poniżej linii horyzontu. Cienie stają się coraz dłuższe. 
 
Nienawidzę kanałów. Dobra, sprawdzimy ten właz i zobaczymy, czy znajdziemy ślad demona zanim ten…
Światła, pisk opon. Ja wyciągam spiłowany kij do bilardu, Slashfic katanę, a Morlock tylko strzela knykciami. Trzy czarne sedany blokują wyjście. Wypada z nich ośmiu… nie, dziewięciu gości. Tanie garnitury i rewolwery. Mafia? Na pewno. Burdelmama musi im płacić za ochronę. Gliny też mogą być umoczone: parę dolców za przymknięcie oka, czasami darmowe dymanko.

Musiała spanikować, kiedy zaklęcie przestało działać. Pewnie do nich zadzwoniła i powiedziała, że ktoś myszkował w jej biurze. Mogli nas nawet widzieć, gdy wchodziliśmy i wychodziliśmy. Prawdopodobnie kręcili się w tłumie jako obserwatorzy. Teraz myślą, że jesteśmy w to zamieszani. Tylko w co dokładnie, do cholery?

– Wydruk – mówi jeden z nich. – Oddajcie go.

Zamiast spluwy trzyma komórkę. Co, jeżeli nie posłucham, to zafunduje mi raka? Próbuję wymyśleć coś zabawnego, ale w szybkich ripostach nie jestem tak błyskotliwy jak Slashfic.

Morlock rzuca się na gościa, który zaczyna wrzeszczeć, gdy łamie mu żebra jak ołówki. Edna wypluwa ogromną bryłę czarnego śluzu zmieszanego z jasnoczerwoną krwią. Trafia jednego z gości centralnie w twarz – nie mogąc oddychać, facet rozpaczliwie próbuje zdrapać maź z ust i nosa. Tak, nie ulega wątpliwości, że kiedyś ożenię się z tą dziewczyną.  

Szczerze mówiąc, to tylko pospolite zbiry. Mało prawdopodobne, że uda się z nich coś wydusić …

Ale będę się dobrze bawił próbując.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz