Cthulhu

Cthulhu

niedziela, 28 października 2012

Zęby (Hush, cz. 1)


Wszechobecny pył.

Cisza.

Zabite deskami okna, meble przykryte brudnymi prześcieradłami. Niewielki szary kłębek, który okazuje się martwym kotkiem. Coś drewnianego. Pułapka na szczury – wygląda na to, że zmiażdżyła mu czaszkę. Z zewnątrz budynek wygląda na opuszczony dom w złej dzielnicy. Wewnątrz, czuję to na swojej skórze niczym elektryczność, brzęczące paskudztwo, które wbija się w mózg niczym zapach ciepłego moczu. To miejsce śmierdzi nienawiścią.  

Ostrożnie wyciągam rewolwer i ruszam w kierunku schodów. Pot spływa mi po plecach, przesiąka skarpety, kłuje w czoło. Próbuję łagodnie stawiać kroki; nie chcę, aby stare deski zaskrzypiały. Mam wrażenie, że mija kilka dni, kiedy w końcu docieram do podnóża. Jest zbyt ciemno, aby stwierdzić, co jest na górze.

Wyciągnąłbym walkie-talkie i zapytał Slashfica, czy znalazł coś na zewnątrz, ale się boję. Nie chcę wzbudzać hałasu. Gdybym teraz po prostu odwrócił się i wyszedł jestem pewien, że byłbym bezpieczny. Ale mam robotę, którą muszę dokończyć. Wciąż jednak boję się śmierci: ciężko mi oddychać, a gardło jest niczym wypełnione pyłem.

Staram skoncentrować się na tym, jak zareagować w przypadku ataku jakieś skrytej w cieniu, bełkoczącej, pozbawionej skóry potworności, wrzeszczącej niczym ukrzyżowany kastrat, rechoczącej przed rozpruciem mnie tutaj na schodach. Próbuję trzymać palec na spuście, ale ręce mam tak spocone, że łatwo mogę oddać przypadkowy strzał i zdradzić swoją pozycję, przy okazji wywalając dziurę we własnej stopie.

Zauważam to na wysokości dziesiątego stopnia. Nie, nie To, chociaż jestem świadomy, że w domu jest coś oprócz mnie, coś niewyobrażalnie złego. Nie – na wysokości dziesiątego stopnia widzę małą plastikową miskę z wizerunkiem Kubusia Puchatka.

Jeżeli wchodzisz po tak starych schodach, nie idź środkiem. Drewno napina się i zdumiewająco głośno skrzypi w cichym domu. Ostrożnie idę przy samej ścianie ścierając z brwi krople potu. Kiedy jestem blisko tego stopnia, wysuwam szyję, aby lepiej przyjrzeć się zawartości miski. Coś w niej jest. Wygląda jak płatki owsiane. Jezu, to dopiero byłby żart! Ale wiem, że się mylę. Kieruję więc tam promień światła.

Zęby. Malutkie, dziecięce ząbki. Może tuzin.

Zakrwawione korzenie, nitki ciemnej krwi otaczające białe szkliwo kłów, trzonowców i siekaczy. Czuję, jak coś gorącego podchodzi mi do gardła; przez kilka sekund zmuszony jestem wpatrywać się w ciemność powoli oddychając przez nos. Pomaga: mdłości ustępują. Nie mam złudzeń – to Vu-ziir. Świetnie. Muszę przygryźć język, aby zdławić histeryczny śmiech próbujący wyrwać się z płuc.

Drżącą ręką unoszę rewolwer. W starciu z Vu-ziirem jest bezużyteczny. Strzelba mogłaby być pomocna, chociaż szczerze mówiąc pewniej czułbym się z miotaczem ognia. Tymczasem mam tylko tę pukawkę. Musi wystarczyć. Spoglądam w górę schodów i biorę krótki, cichy oddech.

Muszę się teraz zastanowić. W końcu to coś pożera dziecięce zęby – dlaczego więc miałoby zostawiać pełną ich miskę? Po co? Czy nie powinno raczej ukryć je w bezpiecznym miejscu? Tak można by podejrzewać... Ale nie – mam przed sobą garść drobnych białych ząbków. Na schodach. Przysmak dla demona. Albo pułapka na mnie.

Dokładnie w momencie, w którym sięgam po walkie-talkie, słyszę za sobą warkot, ciężki i głośny niczym uruchamiana kosiarka. Kątem oka widzę, jak przez pokój pędzi na mnie rycząca masa kościanych szpikulców i ząbkowatych ostrzy.

Wszystko dzieje się tak szybko... Jednak obrót i pociągnięcie za spust zajmują mi całą wieczność. Pudłuję – trafiam w coś w kuchni, daleko za demonem. Ten szarżuje prosto na mnie i najwyraźniej nie ma zamiaru wchodzić po schodach. Może po prostu skoczy... 

Vu-ziir rozwala w drzazgi kanapę i stół, a następnie kawałek schodów razem z moją kostką. Krzyk grzęźnie mi w gardle i lecę dwa stopnie w dół silnie uderzając się w głowę. Mrugam tylko raz, a to już ściąga mnie ze schodów. Nagle leżę na podłodze na plecach i widzę zbliżające się długie białe pazury. 

Slashfic kopnięciem wywala drzwi; w blasku oślepiającego słońca wykrzykuje przekleństwa oddając strzał za strzałem w plecy demona. Jeden z pocisków uderza w sufit nade mną – kawałek tynku wpada mi w usta. Z wysiłkiem go wypluwam.  

Nienawidzę tej cholernej roboty.

Wszystko pochłania ciemność.


Tłumaczenia dokonano za zgodą autora, Rafaela Chandlera.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz