Cthulhu

Cthulhu

wtorek, 30 października 2012

Malvado (Hush, cz. 4)




 – Święty Jezu, patrz na ten tyłek! – jęknął Slashfic. 

Strząsnąłem popiół za okno i spojrzałem na zegarek. Chryste. Dziewiąta rano. Zwykle o tej porze kładę się spać.
 
Siedzieliśmy w „Maszynie zniszczenia”, czarnym Dodge’u z 85 bez amortyzatorów. Slashfic przez lornetkę obserwował koniec alei, a ja z tyłu paliłem przez okno i marzyłem o drzemce.
 
– Hush! – krzyczy. – Patrz jaka sztuka; ta dziewczyna ma tyłek jak cebula.
 
To zwraca moją uwagę.
 
– Co to znaczy? – pytam bez odwracania się. Tylko na to czekał.
 
– Że doprowadza dorosłego faceta do łez – mówi.

Niemal słyszę, jak szczerzy zęby.
 
Siedzimy tutaj i czekamy na gościa od siódmej. Doktor Andrew Gardner, dymacz i pożeracz pielęgniarek. Uwielbia kobiety, a one uwielbiają jego. Nie jestem zaskoczony. Na zdjęciach wygląda świetnie jak na swój wiek, coś koło pięćdziesiątki. Jest bogaty, szybko jeździ, kocha wino i jedzenie – cały ten szajs, który działa na kobietki.
 
Jest też swego rodzaju graczem, co doprowadza je do szaleństwa. Na przykład Mindy, pielęgniarka, z którą był zeszłej nocy. Powiedziała nam, że balowali do samego rana. Problem w tym, że powiedziała nam to będąc martwą. Ja i Council udawaliśmy federalnych, aby przejść obok chłopców w niebieskim i pogawędzić z trupem Mindy.
 
Poinformowała nas, że doktor Gardner roztrzaskał jej czaszkę, a potem z ust i nosa wyszła mu mała zielona kula śluzu. Miała cieknące, fioletowe macki.
 
Całą noc siedziałem nad książkami i oto odpowiedź: demon Grusce. Grusce wsuwa się w ciebie i nie jest wybredny, jeżeli chodzi o sposób, w jaki to robi. Jeżeli może wejść przez usta albo uszy, świetnie. Jeżeli nie, cewka moczowa też się nada. Albo odbyt. Cokolwiek.
 
Czasami naprawdę kocham swoją robotę.
 
W każdym bądź razie demon przejmuje nad tobą kontrolę i powoduje, że zabijasz ludzi, zaczynając od tych, których kochasz najbardziej. Mindy zginęła, bo doktorowi naprawdę na niej zależało. Jego żona była następna w kolejce. Kilka minut temu zadzwoniła Morlock i powiedziała, że znalazła tułów pani Gardner w kanale niedaleko domu. Wygląda na to, że następną osobą na liście jest córka Gardnera, która pracuje w sklepie muzycznym w centrum.
 
– Alfa Tango do centrali, cel namierzony, przystępuję do akcji, bez odbioru! – wrzeszczy Slashfic, a ja wyrzucam papierosa i otwieram drzwi. Wyskakujemy i gonimy wzdłuż alei. Nie widzę doktora, ale mam wiarę w Slashfica.
 
Biegnę za swoim partnerem: ostro skręca w Hillsborough i wzbudza popłoch w dziewczynach z collegu, które rozbiegają się niczym przestraszone gołębice. Z sercem walącym jak młot i płucami w ogniu próbuję dotrzymać mu kroku.
 
Wie, gdzie jest Gardner. Bez wahania otwiera drzwi sklepu muzycznego i wpada do środka. Ja za nim, równocześnie wyciągając rewolwer zza pasa moich jeansów. Może być niedobrze... Nie, stop. Na pewno będzie niedobrze, nie mam co do tego wątpliwości.
 
Kilka sekund zajmuje mi ogarnięcie sytuacji, gdy nagle zdaję sobie sprawę, że ktoś na mnie szarżuje. Czuję uderzenie i odrzuca mnie do tyłu. To doktorek, który obrzyguje mnie żarzącą się zieloną pianą i pakuje ramię w brzuch. Jest tak silny, że unosi mnie do góry, a ja przeżywam dziwny moment nieważkości, jak na roller coasterze na moment przed zjazdem w dół.
 
Wtem czuję na plecach lodowate zimno, po którym następuje ból tysiąca skaleczeń, kiedy wylatuję przez frontowe okno i obaj lądujemy na chodniku, on na mnie. Nie tracąc czasu, od razu zaczyna mnie tłuc. Nie widzę nic poza jego krawatem z perskim wzorem. Skurwiel, nie bije w twarz, tylko w gardło i splot słoneczny. Zamykam oczy, rzucam Malvado. Z każdej części mojego ciała wyrastają długie kolce z białej kości.
 
Chwytam Gardnera, wbijam siedmiocalowy szpikulec w jego biceps i naciskam. Chrząkając łapie mnie za ramię rozdziera sobie dłonie, gdy próbuje się wyrwać. Nie ma mowy. Spokojnie się podnoszę, zadaję mu kilka ciosów i wpycham z powrotem do sklepu.
 
Rozglądam się. Twarz Slashfica pokryta jest krwią, wygląda na wściekłego. Robi zamach obciętym kijem bilardowym i uderza Gardnera w tył kolana. Ten pada na ziemię, ale zdaje się nie czuć bólu.
 
Kiedy zaczęła się rozróba, wszyscy wywiali tylnym wyjściem. Wszyscy poza córeczką Gardnera, Julią. Poznaję – widziałem ją na zdjęciach. Teraz wrzeszczy coś niezrozumiale przez telefon. Prawdopodobnie wzywa gliny.
 
W okolicy pełno policjantów na rowerach. Biorąc pod uwagę wszystkie te spacerujące tutaj studentki, ich poziom testosteronu musi sięgać zenitu... Demon obraca ciałem Gardnera i bierze zamach na Slashfica. Slash robi unik, a kiedy znowu widzę jego spojrzenie, zdaję sobie sprawę, że zaraz będzie po wszystkim. Ma zamiar walnąć demona Potępieniem. Robię dwa kroki do tyłu, podczas gdy kolce chowają się w moje ciało.
 
Jezu... jak zakładanie szwów. Niby ok, ale naprawdę boli. Niespodziewanie czuję coś zimnego i ostrego na gardle. Cholera. Ryzykuję i spoglądam w dół. Nóż do papieru. Kto do diabła robi coś takiego?
 
Któżby inny, jak nie Julia Gardner, radykalna punkówa? Powolutku obracam głowę o kilka stopni, aby potwierdzić swoje podejrzenia. Zgadza się. Trzęsie się w swoich glanach, ale sądzę, że naprawdę mnie zabije, jeżeli jej nie uspokoję. Teraz trzeba wymyślić jakieś przekonujące kłamstwo. Otacza mnie ramieniem i ciągnie do tyłu.
                                                                                                                                      
– Zostaw go! – wrzeszczy do Slashfica. – Poderżnę mu gardło, jeżeli zranisz mojego ojca!
 
– Twój ojciec jest opętany, jesteśmy egzorcystami, skórzane spodnie nie pasują do twojej figury, przykro mi – odwrzaskuje Slash unikając jednocześnie wyjątkowo wrednego ciosu Gardnera. Demon wycieka ze swojej ofiary: zielona piana grubymi strąkami wychodzi z nosa, ust i uszu Gardnera, zaś jego oczy świecą chorobliwą, złowrogą zielenią.
 
Szlag. To wymyka się spod kontroli. Doktor i Slashfic wyprowadzają ciosy, ale żaden nie może trafić drugiego. Co akurat jest dobre, bo gdyby Gardner chwycił Slasha, mógłby rozerwać mu gardło. Z drugiej strony, gdyby Slashfic dotknął doktora, wypędziłby z jego ciała demona, a wtedy Julia zaaplikowałaby mi improwizowaną tracheotomię. Za-je-kurwa-biście.
 
– Pieprz się! Zostaw go w spokoju! – krzyczy, jej ramię drży. – Co mu zrobiłeś?
 
Chryste, myśli, że daliśmy mu prochy albo coś w tym stylu. Ok, koniec imprezy. Slash nie może trafić tego gościa, demon zaraz załatwi mi partnera, walić to. Ta naładowana gniewem cizia będzie potrzebowała kilku szwów, ale poza tym nic jej się nie stanie. Zwykle nie biję dziewczyn, ale o pieprzonej dziewiątej rano moja cierpliwość jest na wyczerpaniu.
 
Chwytam jej nadgarstek, dwa razy uderzam łokciem w brzuch, obracam się i dokładam na odlew. Taki ze mnie gość. Mój kumpel zmaga się z bezlitosnym demonem ryzykując życie i duszę, podczas gdy ja spuszczam manto nieużywającej dezodorantu nastolatce z makijażem nadającym jej wygląd szopa-pracza. Mój styl.
 
Kiedy dziewczyna jęcząc ląduje na podłodze, szarżuję na jej starego. Obraca się w moją stronę, dzięki czemu uderzam go z całej siły od przodu – pada na dywan. Ale moje zaklęcie już nie działa, kolce zniknęły, i kiedy jesteśmy w parterze, doktor chwyta mój łokieć i mocno szarpie. Sześć milionów żarówek rozbłyska i gaśnie; wszystko staje się bardzo głośne, gdy wybija mi ramię.
 
Przekręcam się krzycząc bezgłośnie. Slashfic ląduje na nas i chwyta Gardnera za twarz. Czuję gwałtowny podmuch powietrza, podczas gdy doktor staje się całkowicie spokojny. Zielonkawy śluz cieknie z jego otwartych ust. Zadziałało – demon jest sparaliżowany. Teraz tylko musimy go egzorcyzmować. I nastawić mi ramię.
 
Oczywiście ani ja ani Slashfic nie wiemy jak przeprowadzać egzorcyzmy, zaś Council jest wykończona po ostatniej nocy. Tak więc będziemy musieli zabrać Gardnera do centrali i poczekać, aż Council dojdzie do siebie na tyle, aby wygnać Grusce. Nie ma sprawy.
 
– Złaź ze mnie – wykrztuszam. 

Slashfic podnosi się, przeczesuje włosy i wybucha śmiechem.
 
– Dobrze poszło! – krzyczy. Odwraca się słysząc chrzęst szkła, gdy ktoś wchodzi przez okno.
 
Pierwsza kula trafia go w ramię, druga w klatkę piersiową.
 
Gliny.  


Przypis: Prawo 

Funkcjonariusze policji, agenci federalni, nawet wyszkoleni żołnierze – dla Apostołów to wszystko cywile. Apostołowie to nadludzie. Wysłanie zwyczajnego człowieka do wykonania ich roboty równe jest morderstwu.
 
Z tego powodu niemoralnym (i prawdopodobnie z odwrotnym skutkiem do zamierzonego) byłoby wzywanie policji lub Gwardii Narodowej jako posiłków podczas konfrontacji z demonem. Po prostu nie mają odpowiednich kwalifikacji, a jedynym rezultatem byłoby więcej trupów.
 
Jeżeli władze biorą udział w śledztwie, to najlepiej zminimalizować ich kontakt z demonem. Nawet jeżeli opinia publiczna jest świadoma istnienia demonów, policjanci i agenci powinni być chronieni, aby ograniczyć ilość niewinnych ofiar. Może być to trudne, szczególnie gdy jesteś podejrzany o działalność przestępczą.
 
Tłumaczenia dokonano za zgodą autora, Rafaela Chandlera.

2 komentarze:

  1. na DTRPG już pojawił się SCORN:

    http://rpg.drivethrustuff.com/product/107651/Scorn%3A-The-First-Book-of-Pandemonium

    Btw. czym to nowe wydanie się różni od Dreada? Jakbyś mógł w 2óch zdaniach napisać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ponad 300 stron (na razie jestem na 50). Nowy układ tekstu, nowe grafiki, nowe klasy postaci, nowe klasy demonów. Mi osobiście najbardziej podoba się Ksiądz - postać, która zawaliła transakcje sprzedaży swojej duszy demonowi. Wszystkie klasy są świetne i dużo lepsze niż te w Spite. Zamiast Furii mamy Rozkład, który nie spada, ale rośnie. Po dobiciu do 12, bohater przemienia się w demona i przechodzi na Ciemną Stronę. Napiszę wkrótce dużo więcej, ale na razie jestem pod ogromnym wrażeniem, pozytywnym oczywiście.

    OdpowiedzUsuń