Cthulhu

Cthulhu

niedziela, 28 października 2012

Częściowo zjedzona (Hush, cz. 2)





Budzę się i spoglądam w dół.
 
Slashfic rozciął nogawkę moich spodni i podwinął ją do góry, aby zająć się nogą. Kostka to gruby hamburger, z którego wystają kawałki kości. Slashfic klęczy nad nią, z ust wypływa mu ciemnoczerwony dym. Rzuca zaklęcie.
 
– Gdzie się kurwa podziewałeś? – pytam.
 
– Byłem za tobą, Hush. Wydawało mi się, że coś zobaczyłem i poszedłem to sprawdzić. Kiedy usłyszałem strzały, wpadłem do środka. Na twoje szczęście: to coś właśnie miało zamiar wywiercić ci kilka nowych odbytów.
 
– Vu-ziir – mówię. – To był Vu-ziir.
 
Wzrusza ramionami. Slashfic ubiera się w czarny płaszcz, barwi włosy na czarno i nosi katanę. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, pomyślałem, że jest jakimś mrocznym poetą, wyznawcą smutku i gniewu. Ale nie. Ponadto większość tych „gotów”, czy jak ich tam zwał, jest bledsza niż syn piekarza. Nie Slashfic, który jest częściowo Kubańczykiem, częściowo Koreańczykiem, częściowo kimś zaczynającym się na N... Nigeryjczykiem? Namibijczykiem? W każdym razie z Afryki. Jest moim wsparciem. Albo na odwrót, jeżeli zapytacie jego.
 
Rozglądam się. Morlock stoi oparta o ścianę i je batona PowerBar. Jest mięśniakiem, osiłkiem. Zbudowana niczym profesjonalny zapaśnik i wystarczająco silna, aby podnieść dorosłego faceta i rzucić nim przez cały pokój. Z czego zresztą jest znana.
 
Council bazgrze coś w notatniku. Drobna brunetka nosząca grube szkła i niedopasowaną kraciastą sukienkę. Nasz egzorcysta.
 
– Przegraliśmy – stwierdza Slashfic. – Rozwalił mną ścianę i po prostu wyszedł. Założę się, że właśnie szuka kolejnych dzieci do pożarcia. Morlock i Council ruszyły za nim, ale zgubił je w lesie. Przekroczył granicę miasta: teraz to już sprawa tych z Durham. Ich teren, ich odpowiedzialność.
 
– Mam dość bycia na szpicy – mówię. Spoglądam na swoją stopę spowitą czerwonym dymem, który odsłania mięśnie, skórę i ścięgna, aby następnie ponownie połączyć strzaskane kości.
 
– Wali mnie to – odpowiada uprzejmie. – Wyciągnąłeś najkrótszą słomkę, czyli jesteś na szpicy. Jak już mówiłem, byłem tuż za tobą.
 
– Jak cholera. Ten skurwiel prawie mnie dorwał.
 
– Mówiłem, żebyś wziął strzelbę – Slashfic zachowuje spokój. Wdycha czerwony dym i nagle moja kostka jest jak nowa. Jednak skarpeta to wciąż nasiąknięta krwią szmata i nigdzie nie widzę buta. Spodnie też do wyrzucenia, dałem za nie dwadzieścia dolców...
 
– A ja mówiłem, żebyś mnie osłaniał.

Jestem wkurzony, ponieważ wziąłem pistolet myśląc, że lepiej przez to wypadnę: wchodzę do środka, obczajam sytuację, zaskakuję i załatwiam cel. Wielki facet ze stalowymi jajami. Council pod odpowiednim wrażeniem. Zdejmuje te swoje denka, rozpuszcza włosy i wygląda jak modelka. Hej, istniała taka możliwość.
 
Ale nie – dostałem łomot i teraz inna drużyna zamknie sprawę. To była moja wina, ale i tak wyżywam się na Slashficu.
 
– To był twój debilny pomysł, żeby wziąć pistolet – mówi. – Tak więc nie wyżywaj się teraz na mnie, ty jebany krętaczu.
 
Dzwoni telefon Council. Przez chwilę trzyma go przy uchu, potem zamyka bez słowa i wychodzi.
 
Morlock rusza za nią.
 
– Nowa robota? – rzuca w powietrze. Brzmi jak facet.
 
– Na pewno – kiwam głową.
 
Tak właśnie pracują Apostołowie. Bez przerw na kawę. Kiedy dostajesz sprawę, badasz ją dopóki jej nie zamkniesz. A potem następną. I następną. Zawsze jest jakaś sprawa.
 
Zwykle dostajemy je od szefa. Każda drużyna ma Mentora; kogoś, kto wyciągnął nas z bagna gównianego życia i dał coś do roboty. Nasz Mentor ma na imię Angelica. Nie widzieliśmy jej od tygodni, ale czasami dzwoni z nową sprawą.
 
Czasami też ktoś przychodzi z prośbą o pomoc. W tym biznesie spotykasz ludzi, a ci odkrywają, czym się naprawdę zajmujesz. Oczywiście staramy się nie rzucać w oczy – ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy, to zainteresowanie mediów, policji lub wojska. Ale ludzie potrafią dodać dwa do dwóch i w razie czego do ciebie dzwonią. A ponieważ nie mamy nic do stracenia ani nic lepszego do roboty, odpowiadamy.
 
Wychodzimy na zewnątrz i pakujemy się do vana. Council siedzi obok mnie. Jak zawsze prowadzę. Nie znam się na magii tak jak Slashfic i nie jestem silny jak Morlock. Nie potrafię też egzorcyzmować – od tego jest Council. Ale za kółkiem rządzę.
 
Nieźle też radzę sobie z zamkami i potrafię dostać się do miejsc, w których nie powinno mnie być. Ponadto sporo wiem o tych stworach, demonach. Przygoda z okultyzmem w czasie straconej młodości nie poszła na marne.
 
Jedziemy na południe. Światła uliczne rzucają wstrętny, żółty blask na ładną twarzyczkę Council. Ciemno, jasno, znowu ciemno. Marszczy brwi klikając na swoim palmtopie.
 
– Ten telefon był od kobiety, z którą kiedyś pracowałam – mówi z roztargnieniem.

– Jak ma na imię? – pyta Slashfic z tylnego siedzenia.
 
– Sandra Parnell
 
– Ma faceta?
 
Council odwraca głowę. Próbuje zmusić go do spuszczenia wzroku, ale on tylko złośliwie chichocze, tak więc raczy go jednym z tych swoich dziewczęcych uśmiechów i mówi dalej:
 
– Sandra usłyszała hałas z mieszkania obok i zadzwoniła na policję. Znaleźli jej sąsiadkę, Mindy Timms, martwą. Częściowo zjedzoną.
 
Widzicie, to właśnie to, o czym mówię. Dlatego kocham tę pracę. Drobne szczegóły takie jak ten: „częściowo zjedzona”. Nie pocięta lub okaleczona, ale zjedzona. Częściowo. Ktoś (albo coś) spojrzał na martwe ciało tej kobiety i pomyślał: „Cóż, warto by było wziąć gryza”.
 
Możecie to sobie wyobrazić?


Tłumaczenia dokonano za zgodą autora, Rafaela Chandlera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz